Ukrzyżowanie z Isenheim
Najważniejszym i najtrudniejszym wydarzeniem w dziele zbawczym Jezusa była śmierć krzyżowa. Malarzem, który wręcz obsesyjnie malował scenę "Ukrzyżowania" (i to jak malował!) był Matthias Grünewald (a właściwie Mathis Gotthardt-Nithardt). Żył w tym samym czasie co Leonardo da Vinci, Rafael i Michał Anioł - ale w innym kraju - w Niemczech. Dlatego jego twórczość tak zasadniczo różni się od mistrzów włoskiego renesansu, ale nie mniej jest genialna, chociaż zasadniczo inna.
"Ukrzyżowanie" - jako jeden z głównych tematów jego twórczości powtarza się w różnych formatach, aż po kres jego życia. Jednak najdoskonalszym w swej ekspresji dziełem Grünewalda jest jego "Ukrzyżowanie z Isenheim". Pierwotnie stanowił on zamknięcie głównego ołtarza w kościele szpitalnym prowadzonym przez zakon Antonianów. W szpitalu zajmowano się przede wszystkim epileptykami, syfilitykami i trędowatymi. Grünewald kilkakrotnie odwiedzał szpital. Tam zapewne napatrzył się na wyniszczone ludzkie ciała, które posłużyły jako inspiracja w namalowaniu ciała Chrystusa na krzyżu.
Malarz doskonale zdawał sobie sprawę do jakiego miejsca maluje swój obraz. Wiedział, że przed tym obrazem będą się modlili chorzy, których ciało odpadało od kości, których ciało gniło i ropiało jeszcze za życia. Nie wiem, co czuli patrząc na ten obraz nieuleczalnie chorzy pacjenci szpitala Antonianów. Może patrząc na Ukrzyżowanego widzieli siebie. A Chrystus z ołtarza zdawał się im mówić: "Cierpicie, bardzo cierpicie, ale wasze cierpienie upodabnia was do Mnie, przez swoje cierpienie możecie zbawiać świat. W swoim cierpieniu nie jesteście sami.”
Dlatego to "Ukrzyżowanie" Grünewalda urosło do rangi symbolu - świętego misterium, wzmacniającego wiarę u chorych. Tam bowiem gdzie boleść, tam jest Człowiek "Ecce Homo". To właśnie ma na myśli Chrystus kiedy mówi: „Byłem głodny, a nakarmiliście mnie. Byłem spragniony, a daliście mi pić. Byłem więźniem, a odwiedziliście mnie. Byłem chory, a pielęgnowaliście mnie”. On - jak mówi prorok Izajasz - „Wzgardzony i odepchnięty przez ludzi, mąż boleści, oswojony z cierpieniem, jak ktoś, przed kim się twarze zakrywa, wzgardzony tak, iż mieliśmy Go za nic. Lecz On obarczył się naszym cierpieniem, On dźwigał nasze boleści, a myśmy Go za skazańca uznali, chłostanego przez Boga i zdeptanego. Lecz On był przybity za nasze grzechy, zdruzgotany za nasze winy. Spadła nań chłosta zbawienna dla nas, a w Jego ranach jest nasze zdrowie”.
Niezwykle bolesna była rzeczywistość śmierci Chrystusa na krzyżu, dlatego cały obraz wypełniony jest cierpieniem. Aby spotęgować wyraz bólu Grünewald malował obraz ukrzyżowania, jakby był widziany oczyma zrozpaczonej Mater Dolorosa.
Grünewald dotarł w tym obrazie na ten bardzo rzadko zdobywany szczyt w sztuce, z którego widać, że rozpacz nie może wydobyć się poza ograniczone środki wyrazu, że współczucie i bezradny bunt mogą zamienić się już tylko w krzyk.
Sam obraz wciąga nas w głąb, oddziałowywuje na nas, swoją sugestywną siłą wyrazu, porusza widza. Każdy kto staje przed tym obrazem nie ma możliwości wyzwolenia się spod presji tej przerażającej historii: z królestwa łez opłakującej Marii Magdaleny, z bladego kręgu zwróconych ku sobie w bólu św. Jana i Matki Bożej, z piekła udręczonego ciała Chrystusa.
Ukrzyżowany przytłaczająco opada ku nam, uniemożliwiając ucieczkę przed Jego agonią. Ciemne tło obrazu sprawia, że pozostajemy sam na sam z cierpieniem. Zmuszeni jesteśmy stawić czoło prawdzie i uświadomić sobie, że to ogromne cierpienie jest za nas. My winniśmy być skazani - a On umarł za nas. „Wszyscyśmy pobłądzili jak owce, każdy z nas odwrócił się ku własnej drodze, a Pan zwalił na Niego, winy nas wszystkich” (Iz.53,6).
Obraz Grünewalda nie pozwala odwrócić się ku własnym sprawom, ku własnej drodze. To „rodzaj tajfunu niepowstrzymanej sztuki, który przechodząc porywa cię (...) i pozostawia w stanie trwałej halucynacji” (J.K. Huysmans). Przytłaczająca wielkość postaci Chrystusa ściąga na siebie nasz wzrok. W nienaturalnym, pustym, ciemnooliwkowym tle powiększony Chrystus ciężarem swego ciała wygina krzyż, grubo ciosaną poprzeczną belkę, do której przybite są dłonie Umęczonego.
Jego ręce zdają się być wykręcone i wydłużone ponad miarę. Ciało Chrystusa jest ciężkie, niezgrabne. Jest brzydki, jak najbrzydszy człowiek, który kiedykolwiek istniał.
Nabrzmiała, plebejska głowa zwisa skrzywiona, ale ramiona są jeszcze, w ostatnim podrywie, kurczowo wzniesione do góry.
Męka śmiertelnej walki widoczna jest w konwulsyjnym skurczu dłoni i stóp. Dłonie wyrażają najlepiej krzyk fizycznego bólu, wydają się zarazem i rozpaczliwą skargą, i poddaniem woli niebieskiego Ojca. Stopy i nogi o nadmiernie rozwiniętych mięśniach, jak nogi tragarza są zbite ze sobą niczym bryły ziemi. Ten fragment malowidła najlepiej ukazuje nam Chrystusa, jako ofiarę, odpychającą fizycznie w stanie okrutnego oszpecenia (ujęcie jakże odległe od atletycznego pięknego Chrystusa renesansu). Wizja Grünewalda jest pełną grozy metaforą okrucieństwa i degradacji, do jakiej ludzkość jest zdolna.
Ciało Chrystusa jest okropnie poranione, z powbijanymi drzazgami i zielonkawymi śladami rozkładu. Jest obrzękłe, całe pokryte fioletowymi wrzodami, jak ciało trędowatego. Nigdy żadnego człowieka nie przedstawiono tak okropnie i brzydko.
Chrystus nie cierpi samotnie. W obrazie „Ukrzyżowania z Isenheim” na tle ciemnozielonego pejzażu Golgoty ukazana jest grupa postaci, trwająca w odrętwieniu i rozpaczy widocznej na twarzach i odbijającej się w mocnym rytmie załamywanych rąk. Długie, spływające szaty, o mocno zestawionych czerwieniach, bielach i szarościach - bardziej kryją ciała, niż ukazują ich formy; niby ochronny płaszcz ukrywają cierpienie. Ogrom męki wyrażają tylko twarze i ręce, skupione w niezmierzonym bólu, który nie pozwala odwrócić oczu, przemówić do siebie wzajemnie.
Matka Boga i umiłowany uczeń Chrystusa - Jan, stanowią symbol opuszczenia i samotności w tym świecie. Ich cierpienie wyraża się w kurczowo zaciśniętych dłoniach, spojrzeniach skierowanych ku wnętrzu, jakby byli wyobcowani z otoczenia. Naturalnej długości ramię św. Jana z wydłużonymi, szczupłymi palcami, podtrzymujące Maryję, jakby wzmaga ekspresję chwili. Maria bowiem załamuje się, mdlejąc z wyczerpania, lub też, by nie widzieć ukrzyżowanego Syna. Początkowo artysta namalował ją jako postać wyprostowaną, później łukowato odchylił ciało, nasycając tę pozę stężonym bólem.
Jakby przeciwstawieniem wewnętrznego bólu Marii i Jana - jest ekspresyjna, rozdzierająca jak nieutulony krzyk poza klęczącej u stóp krzyża Marii Magdaleny.
Bolejący krewni i przyjaciele znajdują się z jednej strony ogromnej postaci umierającego Zbawcy, z drugiej widnieje spokojna postać Jana Chrzciciela z wyciągniętym palcem, skierowanym ku Chrystusowi.
Stoi boso, z otwartą księgą w ręku, przyodziany w skóry zwierzęce, pozornie nieugięty w obliczu strasznego wydarzenia. Jan Chrzciciel został tu przedstawiony symbolicznie, zgodnie z biblijnym proroctwem, jako ten, który wskaże Chrystusa i jego dzieło zbawcze. Baranek znajdujący się u jego stóp przypomina prorocze słowa Jana z momentu jego pierwszego spotkania z Jezusem. Ale nie tylko przypomina, Baranek interpretuje, czym naprawdę dla chrześcijan jest Chrystusowa śmierć na krzyżu. Zwłaszcza wymownym symbolem jest krew Baranka spływająca do eucharystycznego pucharu, analogicznie jak krew spływająca z rozciętego boku Jezusa.
Jan Chrzciciel, stracony na długo przed śmiercią Chrystusa, tu na obrazie "zmartwychwstaje niejako z Jego śmiercią". Ponownie ucieleśniony obwieszcza triumf zmartwychwstania. Jak przed narodzinami Jezusa poprzedzał pojawienie się Zbawcy, tak w godzinie jego śmierci zapowiada Wielką Noc. Znając konieczność śmiertelnej ofiary dla zbawienia, stoi nieporuszony u stóp krzyża. Nie uczestniczy w cierpieniu. W łacińskim napisie w tle malowidła czytamy: „Illum oportet crescere, me auttem minui" („Potrzeba by On wzrastał, a ja się umniejszał") (J 3,30). Jest to wezwanie skierowane do nas. Taki jest cel naszego życia: Potrzeba aby wzrastał w nas Ukrzyżowany, aby wzrastał w nas Bóg - a człowiek się umniejszał. Albowiem życie to czas przemiany, z syna człowieczego na Syna Bożego. Ale tego nie osiąga się bez cierpienia i śmierci.
Tą prawdę chce nam uświadomić Matthias Grünewald, ale także pragnie nadać zbawczą wartość naszym cierpieniom. Każde pociągnięcie pędzla niemieckiego mistrza mówi nam o tym, że Chrystus umarł w tak okrutny sposób, aby ukazać wartość naszych cierpień. Jest to prawda, którą przez wszystkie czasy przypomina nam właściwie każdy krzyż.
o. Eugeniusz Grzywacz SP


Hotel św. Norberta i Restauracja
Polska Prowincja Zakonu Pijarów